Noc przedślubna

Noc przedślubna

Tak, dobrze czytacie. Opowiem wam o mojej nocy przedślubnej. Nie, nie pomyliłam się. Mam ochotę podzielić się z wami relacją z mojej nocy przedślubnej, bo była na miarę nocy poślubnej, gdzie tej drugiej praktycznie nie było, ale o tym na końcu.

Jakoby nigdy nie zanosiło się no to, że wyjdę kiedyś za mąż. I nie była to kwestia wyglądu czy coś, bo uważam, że nigdy nie byłam specjalnie urodziwa, ale brzydka też nie, a wszystkiemu winien mój trudny charakter. Jakikolwiek rozpoczynałam związek, to kończył się on klapą, bo pojawiało się coraz więcej konfliktów i nieporozumień. Przy czym ja jestem upartą i dumną osobą, więc nie odpuszczałam, co kończyło prawie wszystkie moje związki. Moi rodzice trochę byli smutni z tego powodu, bo już zaczęli marzyć o zięciu i wnukach… Ja się nie przejmowałam, bo zawsze mam czas. Gdy oni już stracili nadzieję, na horyzoncie pojawił się potencjalny zięć… 

Pewnego dnia na uczelni wpadł na mnie jakiś rozpędzony facet. A że miałam wtedy już zły humor od rana, to bezceremonialnie go zwyzywałam. Grzecznie pomógł mi pozbierać papiery i pobiegł dalej. Ja rozdrażniona poszłam w swoją stronę. Pewnie bym zapomniała o całym zdarzeniu, gdyby nie to, że ten sam chłopak usiadł obok mnie na wykładzie. Spojrzałam na niego, a on uraczył mnie najpiękniejszym uśmiechem jaki widziałam. Już przebaczyłam mu wszystko. A on zaprosił mnie na kawę w ramach rekompensaty tego zdarzenia na korytarzu. Ja go przeprosiłam, że tak na niego naskoczyłam. Tak zaczęła się nasza przygoda. Potem były kolejne kawy, lody (nie takie o których myślicie zboczuszki :))  i wieczorne spacery. Zawsze powtarzałam sobie, żeby nic nie planować, ale z nim zaczęłam sobie wyobrażać przyszłość. Tak więc zostaliśmy parą na okresie próbnym. Trwał on całe nasze studia. Po tym czasie uznaliśmy, a właściwie on tak uznał, bo to on się oświadczył, że potrafimy ze sobą wytrzymać i możemy wziąć ślub. Tak więc zbliżamy się do tego ważnego dnia, a dokładniej nocy przedślubnej. 

Ślub mieliśmy siedemnastego kwietnia tego roku i jak wiadomo, mnóstwo przygotowań przed nim. Szesnastego już było wszystko gotowe, więc spokojni położyliśmy się do łóżka, bo nazajutrz musieliśmy wcześnie wstać, bo czekały nas ostatnie przygotowania. Już prawie zasypiam, gdy czuję dłoń przesuwającą się po moim ciele. To jego typowe zagranie. Jego dłoń wędruje od moich ud, przesuwa się na brzuch i wkrada się pod koszulkę, gdzie zaczyna miziać moje piersi. On doskonale wie, że to moja najczulsza strefa erogenna i po tym już nie potrafię się oprzeć zaspokojeniu tej żądzy, którą we mnie rozbudza. Obracam się w jego stronę, a on chwyta mnie i ustawia nad sobą. Klęczę nad nim okrakiem, a on zdejmuje mi koszulkę. Teraz jego język pieści moje piersi. W następnej kolejności zrzuca mnie z siebie i nurkuje pod kołdrę. Jego język teraz zajmuje się częścią ciała jeszcze bardziej wrażliwą. Językiem wyczyniał cuda, zaczynając od ud, a kończąc na samym środku. On potrafi mnie skończyć samym językiem kilka razy, ale tym razem nie dokończył nawet. Przerwał te zabawy, nachylił się nade mną, spojrzał mi w oczy i głęboko pocałował. Jego usta stłumiły mój jęk, gdy w tym samym momencie wszedł we mnie. Zatykał mi usta swoimi, a ja próbowałam łapać oddech pomiędzy kolejnymi pchnięciami. Już myślałam, że dojdę, ale on wziął mnie obrócił i kazał się wypiąć do niego. Uwielbiam tę pozycję. Ma w sobie coś zwierzęcego… Uwielbiam trzeć wtedy twarzą w poduszkę i jęczeć w nią. Ale mam jeszcze jedną ulubioną i to wręcz przeciwną do tej. Udało mi się uciec i położyć go na łóżko. Dosiadłam go i to teraz ja miałam panowanie nad całą sytuacją. Ja nadawałam tempo moimi biodrami, a on sunął dłońmi po moim ciele. W tej pozycji nie potrafię się powstrzymać i często dochodzę, tak jak i teraz. On jednak nie doszedł, więc wziął mnie znów od tyłu i po prostu “zerżnął” brzydko mówiąc. Uwielbiam taki seks z połączeniem delikatności i dominacji, a nawet czasem brutalności w odpowiedniej formie. 

Tak więc bawiliśmy się pół nocy i w końcu spaliśmy jakieś pięć godzin. Bardzo niewyspani wzięliśmy ślub i jakoś przeżyliśmy nasz najważniejszy dzień w życiu. Sama zabawa weselna skończyła się bardzo późno i sama walczyłam ze sobą, żeby nie przysnąć. Gdy wróciliśmy do naszego pokoju hotelowego, żeby skonsumować związek, gdy tylko weszliśmy do łóżka, zasnęliśmy jak małe dzieci. Miało być romantycznie, a wyszło jak wyszło. Mieliśmy konsumpcję przed ślubem :) Teraz ciągle dojadamy resztki… :)

Jeśli podoba Ci się ta historia, podziel się nią! Udostępnij na Facebooku i Google+