Byłam naiwna

Byłam naiwna

Poznałam Michała w technikum... wcale się nie lubiliśmy jednak z czasem on zaczął do mnie pisać. Długo zwlekałam ze spotkaniem z nim i dobrze bo pierwsze z nich okazało się kompletną porażką... potem było coraz lepiej jednak ja miałam strach przed nawiązywaniem nowych związków.

Chciałam zrezygnować, nie wiedziałam co do niego czuje jednak mój przyjaciel mi na to nie pozwolił. Zaczęliśmy być razem, mówił że mnie kocha było świetnie... dopóki nie doszło do naszego 1 razu... potem wszystko się zmieniło... obrażał mnie nie szanował, bolało to co mi mówił ale nie potrafiłam go zostawić w końcu to mój pierwszy chłopak... z czasem wyzwiska się uspokoiły ale nadrabiał czymś innym.

Ciągle płakałam wstydziłam się komukolwiek przyznać tylko moja przyjaciółka wiedziała, gdy inni mówili, że dziwią mi się że z nim jestem wmawiałam im, że tak naprawdę nie jest źle on mnie kocha i to tylko drobnostki... sama bardzo też w to chciałam wierzyć nie dopuszczałam do siebie smutnej rzeczywistości... mimo że mu się stawiałam to i tak byłam na przegranej pozycji bo widział, że go kocham i to wszystko wytrzymam... i wytrzymałam... 16 miesięcy... w końcu przegiął i mimo że się tego nie spodziewał zostawiłam go!! sama nie wierzyłam w to co robię cierpiałam... on wtedy zrobił coś czego nigdy się nie spodziewałam... chodził za mną prosił przepraszał... angażował wszystkie moje koleżanki żeby tylko mnie przekonały żebym wróciła... ale jaka dziewczyna chce znowu słyszeć, że wcale nie jest ładna od swojego chłopaka, że ma krzywe nogi... ze jest taka czy inna... ale podziałało wróciłam... było cudownie przez nie caly miesiąc... czułam się jak w niebie byłam szczęśliwa, myślałam, że złapałam pana boga za nogi... jednak to trwało krotko... w końcu przyznał mi się do zdrady która miała miejsce rok wcześniej... zostałam przy nim...

Po jakimś czasie nie chciałam się z nim kochać... nie było u mnie nikogo w domu on wpadł w jakiś amok. Krzyczałam nikt nie słyszał... Prosiłam on nie reagował... biłam nie ruszało go to... zdarł ze mnie ubranie... nie zapomnę tego bólu... upokorzenia... zaczęłam płakać tak głośno... on jakby oprzytomniał spojrzał się na mnie... ja wyrwałam się i zamknęłam w łazience... nawet nie wiem jak długo tam siedziałam... przepraszał prosił żebym wyszła... nigdy się nikogo tak nie bałam... w końcu poczułam, że mogę z nim zrobić co chce ze jestem tak zła ze i tak dam sobie z nim rade... wyszłam powiedziałam, że ma się wynosić, że nie chce go znać!! on się uparł i został wrócili moi rodzice udawałam ze nic się nie stolo... Po jakimś czasie jak głupia mu wybaczyłam... było dobrze ale miesiąc przed nasza droga rocznica znów nie wytrzymałam i chciałam go zostawić uprosił mnie o ostatnia szanse... nie wiem czemu ale dałam mu ja... on mógł robić co chciał jeździć na imprezy wychodzić a jak ja to robiłam były awantury... wiec pow mu ze mogę zostać ale WOGOLE nie będę się starać... miał wypadek... strasznie się o niego bałam był z jego winy... przecież nadal był najważniejszy dla mnie... opiekowałam się nim jak mogłam. Od razu czekała go operacja... zasypiałam nad ranem zmęczona płaczem... do tego chodziłam na praktyki i do szkoły a jemu było cały czas źle.. nie chciałam żeby ktokolwiek wiedział, że płacze musiałam być silna dla niego, jego mamy bo ona ledwie się trzymała... i dla mojej żeby się o mnie nie martwiła... dzień przed nasza drugą rocznica nie wytrzymałam wiecznych pretensji... zostawiłam go... nie wiedziałam co bez niego zrobię ale musiałam w końcu zrobi coś dla siebie nie mogłam już tak dłużej... zrobił ze mnie ostatnia szm... przed moja przyjaciółką, siostra kuzynka... w końcu to wszystko odwołał... wybaczyłam mu... ale związałam się z kimś na kim od ponad roku zawsze mogłam liczyć

On chciał wrócić ale ja byłam nie ugięta... on zaczął ćpać pic...kilka miesięcy temu dowiedziałam się najpierw od niego, że w trakcie mojej 18stki zabawiał się z moja dobra koleżanką.. a potem od innej, że nie byłam jedyna przez te dwa lata... bolało tak bardzo bo poświeciłam mu cala siebie a on mnie zdradzał... teraz ja zakochałam się od nowa w kimś kto mnie szanuje kocha dba o mnie... już nie muszę się martwic chodzić do psychologa... mam kogoś kim nie muszę się opiekować ale kto opiekuje się mnę... jestem z nim 10 miesięcy... niedługo się zaręczamy... i choć czasami wraca do mnie to co było nie przejmuje się tym. Wybaczyłam mu.. rozmawiam z nim normalnie gdy go spotykam... zawsze będę miała do niego sentyment ale prawdziwego faceta mam przy sobie kocham go z całego serca i planuje ułożyć sobie z nim baaardzo szczęśliwie życie, mimo że jeszcze pewnie kilka przeszkód przed nami...