Kocham księdza

Kocham księdza

Uczęszczam do ostatniej klasy liceum. Moje życie nigdy nie należało do najciekawszych. Nigdy też nie byłam jakąś popularną osobą. Miałam tam swoją grupkę znajomych, ale w szkole się raczej nie udzielałam; nie lubiłam się rzucać  w oczy. Emocje tłamsiłam przeważnie w sobie, ale zdarzało mi się wybuchać. 

Starałam się i chyba nadal staram nikomu nie wchodzić w drogę. Nikt nigdy nie posądził by mnie o taki skandal, a jednak się na niego zanosi. Najgorsze jest to dziwne uczucie w środku, to rozdarcie pomiędzy tym co czuję, a tym co należy. Ale po kolei… 

Cały mój problem zaczął się, gdy nasza katechetka zaszła w ciążę i szkoła zaczęła szukać kogoś na zastępstwo. Traf padł na nowego księdza w naszej parafii. Nigdy wcześniej go nie widziałam, bo osobą praktykującą nie jestem, a właściwie nie byłam, bo teraz mam o wiele większe chęci wstawać w niedzielę rano i stawiać się w kościele. Pewnego styczniowego dnia szłam sobie spokojnie na autobus, bo byłam pewna, że jak zwykle się spóźni. Gdy wyszłam zza zakrętu ujrzałam, że podjeżdża na przystanek. Ruszyłam biegiem i w ostatniej sekundzie wpadłam zdyszana do autobusu miejskiego. Pod płaszczem czułam tę rosnącą temperaturę, lecz autobus był tak zapchany, że nie było możliwości pozbycia się okrycia. W takich momentach ogarnia człowieka frustracja, a potem już tylko krok do wybuchu. W moim przypadku dosłownie krok, bo facet obok mnie nadepnął mi na stopę. Koniec, wulkan wybuchł i powiedziałam mu parę słów do słuchu. Mężczyzna przeprosił i nic więcej nie powiedział. Po tym wszystkim zrobiło mi się trochę wstyd, a już szczególnie gdy spojrzałam w jego głębokie, zielone oczy. Na szczęście wychodziłam na kolejnym przystanku i pocieszałam się, że już go raczej nigdy nie zobaczę. 

Czytaj też: Powołanie i miłość

Wysiadłam przystanek wcześniej niż moja szkoła, bo chciałam kupić sobie coś dobrego w takiej rewelacyjnej piekarni. Po drodze zahaczyłam o drogerię i nim się spostrzegłam byłam spóźniona na pierwszą lekcję. Znowu ruszyłam biegiem do szkoły, bo pierwsza lekcja miała być  z tym nowym katechetą, a ja miałam w planie zrobić dobre wrażenie. Po dwóch minutach z pięciominutowym opóźnieniem wpadam do klasy. Patrzy na mnie dwadzieścia sześć par oczu, w tym jedne głębokie i zielone. Do teraz nie wiem czy byłam czerwona ze zmęczenia czy wstydu, ale policzki piekły niemiłosiernie. Jak się domyślacie te zielone oczy należały do naszego nowego katechety, księdza i zarazem tego samego gościa, którego bezpodstawnie zbeształam w autobusie. Usiadłam na swoim miejscu i przez resztę lekcji starałam się zapaść pod ziemię. Zastanawiałam się, co powinnam zrobić i postanowiłam po lekcji iść go przeprosić. Bałam się strasznie, ale ks.Szymon, bo tak miał na imię, przyjął mnie z uśmiechem i nie miał żalu. Udało nam się zamienić tylko kilka zdań, bo była krótka przerwa, ale poczułam się dziwnie szczęśliwa. Po każdej lekcji z coraz większą niecierpliwością czekałam na kolejną. Nie zawsze słuchałam co ma do powiedzenia, czasami rozmyślałam nad tym, co siedzi tam gdzieś we mnie. Nadal to robię. Coraz częściej myślałam o nim nie jako o katechecie, lecz jak o mężczyźnie, którego chętnie poznałabym bliżej. I nie chodzi mi tylko osobowość, bo ją mniej więcej zdołałam poznać poprzez lekcje czy rozmowy po lekcjach. 

Pewnego dnia stało się coś, o czym rozmyślałam wieczorami i śniłam nocami. Podszedł do mnie Szymon, bo wszyscy byliśmy już jakoś na “ty” i powiedział, że wygrałam wycieczkę za miasto. Gdy spojrzałam mu w oczy zrozumiałam, że żadnego konkursu nie było, a to jest propozycja. I to propozycja nie do odrzucenia jeśli chodziło o moją osobę. Tak w ogóle zapomniałam dodać, że Szymon miał jakieś 28 lat, więc nie miejcie przed oczami jakiegoś starego dziada. Umówiliśmy się, że ja dojadę do pół drogi i on potem mnie zabierz samochodem. W końcu nie pojechaliśmy “za miasto” lecz do innego miasta, do hotelu, gdzie nikt nas nie znał. Bez sutanny wyglądał jeszcze seksowniej. I tu nie chodzi o jakiś kaloryfer czy mięśnie, tu chodziło o niego, tak po prostu. Spędziliśmy razem niesamowitą noc, a mamie powiedziałam, że śpie u przyjaciółki. Szymon powiedział, że mnie rozgrzeszy za to kłamstewko… I rozgrzeszył… 

Od tego czasu, a był to marzec, spotykamy się co jakiś czas dla naszych przyjemności. Ale to wszystko jest przytłaczające, bo nigdy nie będziemy razem, a ja coraz bardziej go kocham… I to ukrywanie się jest męczące. A ludzie aż tacy głupi nie są i zaczynają swoje gadać… Tak sobie myślę, że szkoła się kończy i to będzie dobry czas, żeby z tym wszystkim zerwać i zacząć normalne życie, ale nie wiem czy dam radę… Szymon się śmieje, że jak zostanie proboszczem to ja będę jego kucharką, ale nie wiem czy zadowoli mnie takie życie. Dobija mnie to, że jak reszta ludzi, nie mogę stworzyć normalnego związku z kimś, kogo kocham. Powiecie, że jestem głupia, ale ja naprawdę nie wiem co robić… 

Jeśli podoba Ci się ta historia, podziel się nią! Udostępnij na Facebooku i Google+