Status społeczny, a prawdziwa miłość

Status społeczny, a prawdziwa miłość

Pochodzę z dosyć zamożnej rodziny, gdzie ojciec jest stomatologiem, a mama adwokatem. Dodam, że jestem jedynaczką, której wpajano, że wysoki status społeczny jest moim celem. Dlatego nie mogło być inaczej i ukończyłam studia medyczne, zostałam kardiologiem. 

Gdy się przebywa w takich kręgach to naturalnie wychodzi, że potencjalni partnerzy też są  z “tego poziomu.” Nigdy wcześniej nawet nie myślałam, że mogłabym umawiać się z kimś, kto nie jest wysoko postawionym lekarzem czy urzędnikiem. Gdy stuknęła mi trzydziestka uświadomiłam sobie, że nie mam nikogo, z kim mogłabym się zestarzeć. Nie ukrywam, że kandydatów było sporo, ale jak powszechnie wiadomo, nie liczy się ilość tylko jakość… Nie mówię, że byli jacyś straszni, bo przecież byli to głównie adwokaci czy lekarze, ale tu właśnie przekonałam się, że status społeczny ma się nijak do tego, czy ktoś jest lepszym człowiekiem. Kiedyś poznałam na jakimś spotkaniu z pracy młodego anestezjologa. Pierwsze wrażenie zrobił dosyć dobre i widziałam, że ja też przykułam jego uwagę. Zaczęliśmy rozmawiać i odważył się; zapytał czy zjemy razem obiad w niedzielę. Pamiętam, że pomyślałam wtedy, że jeszcze nikt mnie nigdy nie zabierał na jakieś niedzielne obiady. No ale nic, randka to randka. Przyjechał po mnie swoim Jeep’em i pojechaliśmy do… Nie wiem czy byście zgadli, ale zabrał mnie do McDonald’s. Ja ubrana w taką turkusową koszulę z lekkim żabotem, białe, obcisłe jeansy i szpilki wbijam do Maca z chłopakiem w poszarpanych jeansach i różowej koszulce. Może nie brzmi to strasznie, ale tak się wtedy czułam. Kompletnie się nie przygotowałam psychicznie na to. Zjadłam cheeseburgera i frytki, ubrudziłam sobie bluzkę i już całkowicie straciłam humor. Rozmowa niby jakoś się kleiła, ale ratowała nas podobna praca, więc to był główny temat. Gdy odwiózł mnie do domu nachylił się jak do pocałunku. To już przebrało wszelką miarę i odebrało mi chęć na cokolwiek. Dla mnie to jest absurdalne zachowanie na pierwszej randce. Delikatnie się wymknęłam potem unikałam go jak ognia. Chyba zrozumiał, albo znalazł sobie inną ofiarę na fast fooda, bo dał mi spokój. 

Na mojej drodze pojawił się też kiedyś syn pewnej pani adwokat,  jakiejś znajomej od mojej mamy. Nieziemsko przystojny chłopak, czy tam facet, bo miał już te dwadzieścia-parę. Tak więc spróbowałam też z nim, ale po dłuższym przebywaniu ze sobą miałam go dosyć. Miałam wrażenie, że jego ego nie mieści się w moim mieszkaniu. Jaki to on nie jest świetny, cudowny i najlepszy. A, no i oczywiście wszystko wiedzący najlepiej. Arogancja aż raziła w oczy. Nie wytrzymałabym z nim nawet całego dnia. Po tym wszystkim zaczęłam się trochę martwić, że nigdy nie spotkam tego idealnego faceta, ale w końcu postanowiłam się tym nie przejmować, nie szukać i czekać aż sam się znajdzie. Tak też się stało i to dosyć niespodziewanie. 

Pewnego dnia moja pralka zwariowała.  W połowie cyklu prania się wyłączyła i tyle. Nic nie dało się zrobić. Woda w środku, drzwiczki zablokowane i koniec. Na szczęście była jeszcze na gwarancji, więc obiecali mi przysłać serwisanta. Przyjechał w ciągu godziny i od razu zabrał się do pracy. Nie ukrywam, że przyjemnie mi się na niego patrzyło, bo był dosyć przystojny, ale nic więcej nie przemknęło mi przez myśl. Zaproponowałam mu kawę, propozycję przyjął i ową kawę wypiliśmy. Okazało się, że od razu nawiązaliśmy tak świetny kontakt, że nim się obejrzeliśmy spędziliśmy przy tej kawie dwie godziny, bo kawa już dawno wypita, a rozmowa się dalej toczyła. Na koniec spotkania nieśmiało zapytał, czy dałabym się gdzieś porwać w piątek wieczorem. No cóż… Zgodziłam się, bo dawno mi się z nikim tak dobrze nie rozmawiało.  Zastanawiałam się, gdzie może mnie zabrać serwisant, ale jak się okazało bardzo mile mnie zaskoczył. Zabrał mnie do planetarium, a następnie do uroczej kawiarenki. Byłam zachwycona. Zarówno nim jak i całym spotkaniem. Okazało się, że też studiował medycynę, ale musiał przerwać studia gdy zamarł ojciec, bo musiał pomóc matce i rodzeństwu. Rzucił więc studia i łapał się każdej możliwej pracy, aż skończył na tym serwisancie. 

Zaczęliśmy się spotykać regularnie i od jakiegoś czasu tworzymy parę. Moi rodzice nie są zachwyceni, bo to przecież nie adwokat czy lekarz, ale nie interesuje mnie ich zdanie. Przy nim jestem naprawdę szczęśliwa. Ta historia jest dowodem na to, że status społeczny nie jest odzwierciedleniem duszy i osobowości. To, że ktoś jest bogaty i znany, nie oznacza, że będzie dla nas dobry. 

Jeśli podoba Ci się ta historia, podziel się nią! Udostępnij na Facebooku i Google+