Ten lekarz uratował moje "Serce"

Ten lekarz uratował moje "Serce"

Niektórzy mówią, że kto się czubi ten się lubi, a ja z biegiem czasu na 100% się z tym zgadzałam.

Jako 17 latka byłam osobą bardzo aktywną, udzielałam się publicznie i byłam wolontariuszką w domu dziecka w mojej miejscowości. Moją wielką wadą jest nadmierne chorowanie. Pewnego dnia, to był jakoś maj, poszłam do mojego lekarza rodzinnego. Wizyta jak wizyta. Z racji tego że w przychodni (która jest jedyną w mojej miejscowości) jestem stałym gościem, nie rejestrowałam się.

Do gabinetu lekarskiego czekały zaledwie trzy osoby wiec po pół godziny czekałam na wezwanie do doktora. Gdy ostatnia osoba wyszła z niecierpliwością czekałam na poproszenie jednak nic. W końcu lekko się sfrustrowałam i podeszłam do drzwi. Pech chciał że owe drzwi otwierały się w stronę holu. Dostałam prosto w głowę. Upadłam na ziemie trzymając się za obolałe miejsce. Oczywiście recepcjonistki i pielęgniarki zanosiły się śmiechem. Okazało się że mamy nowego lekarza... Lekarza, który nieumyślnie mnie staranował. Wziął mnie na ręce i zaniósł do swojego gabinetu. Przyłożył mi lód i dopiero wtedy mu się przyjrzałam. 

Był mojego wzrostu, bardzo młody jak na lekarza. Blond czupryna i niebieskie oczy. Po chwili badań zapytał mnie czy jestem stałym bywalcem, a ja sama z siebie odpowiedziałam, że to prywatna sprawa. On ze śmiechem powiedział, że się i tak dowie, ja nic nie odpowiedziałam. Stwierdził u mnie anginę i na tym się zakończyło. Oczywiście jego złośliwe uwagi na mój temat skończyły się lekką kłótnią. Pamiętam że potem przez jakiś czas omijałam przychodnie jak ognia. 

Udało mi się zapomnieć o tym incydencie chociaż często ów lekarz przewijał się w moich myślach. Wtedy mówiłam sobie " dobrze że nie zakochuje się " chodziło mi o to, że parę miesięcy wcześniej zerwałam z ukochanym, który po wieloletnim związku mnie zdradził. Od tej pory na słowo miłość wzdrygałam się.

Czytaj też inne: Weekendowa sex przygoda

Kilka tygodni później odpływałam swój dyżur w domu dziecka. Polegał na tym, że bawiłam się z dziećmi pomagałam przy kolacji i czytałam im bajki na dobranoc. Dyrektorka powiedziała, że podczas dyżuru będę mieć nowego kompana po poprzedni zrezygnował. Byłam ciekawa kim jest owy ktoś bo lubię utrzymywać dobre stosunki z innymi. I nie uwierzycie! To ten sam doktor, który o mało co nie spowodował u mnie wstrząsu mózgu. Byłam wtedy bardziej niż wkurzona. Wielokrotnie śmiał się ze mnie lub dogadywał ale ja nie byłam długo mu dłużna. Nasze spory wkurzały nie tylko mnie ale i opiekunów sierocińca. 

Pod wieczór kiedy robiłam dzieciom kakao o dziwo zaproponował mi pomoc, niechętnie ale zgodziłam się. Jak się później okazało nie było aż tak źle, był miły. Po przeczytaniu bajek na dobranoc poszliśmy oddelegować się opiekunce, która patrzyła na nas jak na bandę idiotów. Przy wyjściu stało się coś, co wtedy przypieczętowało moją nienawiść do płci przeciwnej. Potknęłam się o próg drzwi i nie mówię że nie dziękuję, że mnie wtedy uratował od spotkania z glebą , ale z racji tego, że był tego samego wzrostu przewróciłam się na niego, a dokładniej na jego usta... 

Miałam wrażenie, że chciał się uwolnić tak jak ja ale jakaś niewidzialna siła trzymała nas ku sobie. Ręce mi drżały, a serce biło jak szalone pierwszy raz czułam coś takiego i choć w pewnym sensie było to miłe przeraziłam się i po jakiś trzech minutach oderwałam się i spojrzałam na niego ze strachem i złością. On również wydawał się zdziwiony ale nie myślałam wtedy wiele naskoczyłam na niego. Byłam tak zła, że uciekłam zostawiając go daleko w tyle. Dopiero w domu dodarło do mnie co zrobiłam. Schowałam się w swoim pokoju na łóżku i głęboko oddychałam, to było najbardziej straszne i miłe przeżycie. Odpychałam od siebie te uczucia ale im bardziej o nim myślałam tym bardziej prowokowałam u siebie płacz. Pamiętam jak dziś, że wyzywałam pół świata za wymyślenie czegoś takiego jak miłość. 

Czytaj też inne: Prawdziwa miłość

Minęło parę dni a ja zupełnie się zmieniłam. Doktorek wynalazł mój numer i prosił o spotkanie a ja co? Ignorowałam. Zrezygnowałam na parę dni z wolontariatu, nie wychodziłam z domu. Na samą myśl o spotkaniu się z nim cała drżałam. Moi rodzice zauważyli, że coś jest nie tak. Byłam w rozsypce. W dniu mojego dyżuru moja mama nalegała abym poszła. Mówiła ze dobrze mi to zrobi. Powstrzymywałam się rękoma i nogami ale poszłam, żeby nie robić jej przykrości (o niczym nie wiedziała). Gdy poszłam wszyscy się na mnie patrzyli z troską bo sama wiedziałam że nie jestem tą wesoła dziewczyną. Modliłam się w duchu by go tam nie było i wiecie co? Był. Widziałam w nim coś dziwnego gdy ukrytkiem na mnie spojrzał. Nie zwracając uwagi na niego robiłam to co zwykle a on mi towarzyszył. Jedna dziewczynka zapytała mnie podczas zabawy czy owy doktorek jest moim chłopakiem ja cała czerwona odpowiedziałam, że nie. Ona natomiast zrobiła zdziwiona minę i dodała ze cały czas się o mnie pytał. Uśmiech spełzł mi z twarzy i spojrzałam przelotnie na niego.

Nie wyrażał nic, nie odzywał się. Miałam chyba wyrzuty sumienia i ochotę zapytać się co go gryzie ale w porę się ogarnęłam. Po kolacji, gdy dzieci już spały, sprzątałam po zabawie, kiedy przyszedł on. Pomógł mi pozbierać zabawki, a potem gdy już chciałam wyjść zatrzymał mnie i poprosił o rozmowę. Niechętnie ale zgodziłam się. Na początku nic nie mówił tylko przyglądał mi się uważnie. Nie wiem jak to się stało bo byłam zbyt oszołomiona ale pocałowaliśmy się. Minęły trzy minuty kiedy opamiętałam się i spojrzałam na nie go. Porozdziawiam coś w stylu po co znowu to robi? A on, że nie możne przesrać o mnie myśleć. Wyglądał tak prawdziwie - powiedział w prost "zakochałem się w tobie" - a ja z szyderczym śmiechem powiedziałam, że chyba sobie ze mnie jaja robi. 

Tak właśnie reaguje przy stresie. Spojrzał na mnie tym przenikliwym spojrzeniem i powiedział że wie doskonale, że też coś poczułam. Krzyknęłam coś, że nie zna mnie i wybiegłam. Już dawno tak nie płakałam jak w tamtym momencie. Trzęsłam się i chciałam krzyczeć że to niesprawiedliwe. W tym właśnie czasie doszłam do wniosku, że jednak coś jeszcze mogę czuć i niestety do niego....

Czytaj też inne: Piękny nieznajomy

Minął miesiąc a ja byłam wrakiem człowieka. Przez ten czas uświadomiłam sobie kilka spraw. Po pierwsze: miłość sama w sobie nie jest zła chyba, że do nie właściwych osób i po drugie że znów się zakochałam. W o kilka lat starszym lekarzu co doprowadziło mnie do szewskiej furii. Nie mogłam jednak na niego spojrzeć. Tym razem ze wstydu przestałam ukrywać uczucia sama przed sobą i otwarcie mówiłam, że go kocham (oczywiście sama sobie). 

Pewnego upalnego dnia postanowiłam się przewietrzyć. Szlam parkiem rozmyślając. Moim oczom ukazał się on, siedział na ławce. Nie był sam tylko z jakaś dziewczyną, która mu się nazrzuca. Widać, że by z tego niezadowolony ale nic nie robił. Przyglądałam się tej scenie z daleka dopóki owa blondynka nie pocałowała go. Wtedy chyba zazdrość wzięła górę bo podbiegłam do nich i odciągnęłam blondynkę od doktorka. On spojrzał zaskoczony i przerażony na mnie a ja pociągnęłam go za krawat do siebie i spojrzałam w niebieskie oczy. Powiedziałam, że miał racje a on wysłał mi pytające spojrzenie. Nic nie odpowiedziałam tylko pocałowałam go tak jak tylko zdołałam z wielką chęcią to zrobiłam...

Czytaj też inne: Argentyńska miłość

Teraz gdy minęło już parę lat od tej sytuacji mam wrażenie, że to była chyba najlepsza decyzja w moim życiu. W końcu wizyta u lekarza przyniosła mi szczęście, które jest obecnie moim mężem i synkiem albo córka....

Jeśli podoba Ci się ta historia, podziel się nią! Udostępnij na Facebooku.