Wyjazd integracyjny

Wyjazd integracyjny

Zeszłej wiosny, w maju wysłano nas w z firmy na wyjazd integracyjny na Mazury. Sama jestem z Warszawy, więc niby daleko nie ma, a jednak nigdy tam nie byłam. Na ten wyjazd osobiście nie bardzo chciało mi się jechać w towarzystwie tych ludzi z pracy, z którymi nie miałam dobrego kontaktu, ale przecież ten wyjazd miał służyć polepszeniu naszych relacji. No i ja się zintegrowałam, ale nie z ludźmi z mojej pracy, a z miejscową ludnością. A dokładniej z takim jednym… 

Zostaliśmy zakwaterowani w hotelu o średnim standardzie i niestety w pokojach dwuosobowych. Na szczęście przypadła mi dziewczyna, która najmniej zalazła mi za skórę. Dało się z nią całkiem normalnie porozmawiać. Nasz pokój był wyposażony w łazienkę i balkon, a znajdował się na pierwszym piętrze. Rozpoczął się nasz trzydniowy pobyt w niezwykle malowniczym miejscu. Szczerze mówiąc na początku nie miałam takiego pozytywnego nastawienia, jednak poprawiła mi je właśnie przyroda tamtejsza. Malownicze jeziora, ogromne lasy, a w nich  tajemnicze ścieżki. Wszystko jednak psuli mi ludzie…

Jako że mieliśmy się integrować, przewidziano dla nas parę atrakcji. Zaczęło się od parku linowego. Ja od dziecka byłam ruchliwym dzieckiem, więc to był mój żywioł. Śmiać mi się chciało, gdy patrzyłam na tamte nieudolne damulki… Nazwały to rozrywką prymitywnych ludzi… Nie zdawały sobie sprawy jak bardzo one mają prymitywne myślenie… No ale mniejsza z tym. Nie będę wam opowiadać o naszych zagwarantowanych atrakcjach, ale opowiem wam o czymś, co sama sobie zapewniłam. A miało to miejsce już pierwszego dnia pobytu. Wybrałam się na samotny spacer, aby odpocząć od ludzi. Wolę kontakt z naturą, bo ludzi w stolicy mam pod dostatkiem. Gdy tak spacerowałam wieczorem po lesie i dzikich plażach zauważyłam coś ciekawego. Jakiś facet chodził z jakimś urządzeniem po plaży. Potem zorientowałam się, że jest to wykrywacz metali, ale gość wyglądał przyjaźnie, więc postanowiłam zagadać. Pomyślałam, że ludzie tutaj pewnie mają inną mentalność niż ci w których towarzystwie muszę się obracać. Nie myliłam się. Podszedł bardzo życzliwie do mojej zaczepki i po chwili wiedziałam już, że ma na imię Patryk.

Już od pierwszych chwil rozmowy czułam coś dziwnego. Gadaliśmy jakbyśmy znali się od lat. Siedzieliśmy tak do późnych godzin wieczornych, a on odprowadził mnie pod hotel. Umówiliśmy się na następny dzień na kajaki. Nigdy nie pływałam kajakiem, ale cierpliwie mi wszystko wytłumaczył i popłynęliśmy jednym podwójnym kajakiem na taką przepiękną wysepkę. Skojarzyła mi się z taką rajską wyspą, tylko zamiast palm miała las mieszany. Rozłożyliśmy koc, wyłożyliśmy jedzenie i rozmawialiśmy. Czułam się tak swobodnie, że w którymś momencie pod wpływem sama nie wiem czego, po prostu go pocałowałam. Reszta wyszła sama… Jego dłoń wędrowała po moim boku i podciągnęła mi lekko koszulkę. Przez myśl mi przeszło, że nie powinnam być taka łatwa. Może i się świetnie dogadujemy, ale przecież ledwo się znamy… Wtedy spojrzałam w jego przepiękne, niebieskie oczy i utonęłam w nich. Sama pozbyłam się koszulki i potem jeszcze pomogłam mu zdjąć jego. Zatraciliśmy się w pocałunkach. Nie wiem ile to trwało, ani jak to się stało, ale połączyliśmy się w jedność. Kochaliśmy się na kocu na  rajskiej wyspie. To było niesamowite, jak Patryk idealnie łączył delikatność z dominacją… Straciliśmy rachubę czasu i spóźniłam się na nasze zapewnione atrakcje. Tak bardzo nie chciałam tracić tych chwil… Spędzaliśmy ze sobą każdą wolną chwilę, ale niestety niedługo potem mój pobyt się tam kończył. Musiałam wracać i robiłam to z wielkim żalem. Mieliśmy nasze numery telefonów, ale nie robiłam sobie nadziei, że z tego coś będzie. Wróciłam do Warszawy i starałam się zapomnieć. 

Pewnego dnia w mojej pracy pojawił się Patryk z bukietem kwiatów. Nie mogłam uwierzyć własnym oczom. Zrobił mi niesamowita niespodziankę. W pracy wzięłam cały zaległy urlop, a uzbierało się tego dwa tygodnie i wyjechałam z nim do niego. Pamiętam to jak dziś, a teraz jesteśmy rok po ślubie i mieszkamy na jego ziemi i mamy widok na jezioro. Tamtą pracę rzuciłam i znalazłam coś tutaj. Tak zintegrowałam się z Mazurami :)

Jeśli podoba Ci się ta historia, podziel się nią! Udostępnij na Facebooku i Google+