Wytańczyć miłość

Wytańczyć miłość

Monotonia wkroczyła w moje życie. Nie wiedziałam, że może być tak męcząca. Praca. Dom. Praca. Dom. Rozleniwiłam się też strasznie i w ogóle wszystko było takie jakieś puste. A i pustkę czułam jakąś we mnie. Monotonia zawitała również w moim związku. Zaczynało być coraz gorzej. 

Moje życie kręciło się wokół pracy, a będąc nauczycielem miałam jej sporo, no i oczywiście domu, w którym zawsze czekał na mnie mój chłopak. Tak, mając dwadzieścia osiem lat nie miałam męża, tylko chłopaka, ale tak jest lepiej według mnie. A mówię, że zawsze czekał, bo jakiś czas temu stracił pracę i od tej pory rzadko ruszał się z domu. No chyba, że z kumplami na piwo. A ja to tolerowałam. Teraz raczej bym powiedziała, ze byłam ślepa. Przyjaciółki mi mówiły, próbując przemówić do rozsądku, że to zwykły leń i ja go utrzymuję. Wtedy oczywiście go broniłam… I tak to ciągnęłam…

Pewnego dnia w szkole zauważyłam ogłoszenie o kursie tańca. Zawsze chciałam się nauczyć jakiegoś tańca towarzyskiego. Gdy wróciłam do domu zaraz o tym powiedziałam mojemu partnerowi. Popatrzył na mnie i się roześmiał. Stwierdził, że mu to do szczęścia nie potrzebne. Oznajmiłam mu, że mi jest potrzebne. To jedno z moich marzeń, a poza tym coś nowego, co pomoże przełamać monotonię. Go to nie zainteresowało. Wkurzyłam się na niego i przestałam z nim rozmawiać. Wyrzucić go z mieszkania jakoś nie miałam serca. Strasznie się na nim zawiodłam, ale bolało mnie też, że nie mam z kim iść na kurs. A miał się zacząć za dwa tygodnie. Nie chciałam z niego rezygnować… 

Któregoś dnia w pokoju nauczycielskim zaczęła się rozmowa na temat tego kursu i doszło do mych uszu, że mój kolega po fachu, Marcin, też chciałby iść, ale nie ma z kim. Pojawiła się iskierka nadziei. Zapytałam go wprost, czy pójdziemy razem. Trochę się wahał, bo co niby powiedzą uczniowie jak się dowiedzą, jak to będzie wyglądać itp… Powiedział, że musi to przemyśleć. Ja rozumiem dbać o reputację i dobre imię, ale nie popadajmy w paranoję. Chyba tańczyć razem można, nie? Zresztą, nie wiem co ich to wszystko interesuje… Nie miałam zamiaru rezygnować z marzenia. Oby tylko Marcin się zgodził. Szczerze mówiąc, z tego powodu nie mogłam spać w nocy :) Nazajutrz złapałam go na przerwie. Powiedział, że to dosyć ryzykowne (?), ale się zgadza. Ucieszyłam się niezmiernie. W domu oznajmiłam temu mojemu, że nie robi mi łaski z tym czy pójdzie ze mną czy nie, bo znalazłam innego partnera do tańca. Oburzył się wielce. Pokłóciliśmy się i wyrzuciłam go z mieszkania. I nawet mi ulżyło. Teraz mogłam się realizować i spełniać marzenia. Już nie mogłam się doczekać kursu.

Nadszedł ten dzień. Kurs był w soboty, więc nam pasowało. Gdy weszłam na salę wmurowało mnie w podłogę. Przy odtwarzaczu stał niesamowity facet. Wysoki Latynos o kruczoczarnych włosach, o długości idealnej do czochrania, i naturalnie ciemnymi oczami. Nieziemski po prostu. Nie mogłam od niego oderwać oczu. Dzięki temu zauważyłam, że on też ku mnie zerka. Gdy zrobiliśmy przerwę to podszedł do nas i zagadał. Bardzo miło nam się rozmawiało. Ćwiczyliśmy dwie godziny, ale dla mnie to zbyt szybko minęło. Już nie mogłam się doczekać następnego tygodnia. przez ten cały tydzień nie potrafiłam przestać myśleć o tym cudownym instruktorze samby, Manuelu. Doczekałam się kolejnej soboty i to był przełomowy dzień mojego życia. Manuel zaprosił mnie na kolację. Oczywiście się zgodziłam :) Przyjechał po mnie i spędziliśmy miły wieczór, po czym odwiózł mnie do domu. był taki czarujący…  Postanowiłam to kontynuować. 

I tak spotykaliśmy się coraz częściej, a po kilku miesiącach zostaliśmy parą. To było niesamowite, jaka więź nas połączyła. Co więcej, byliśmy parą również w tańcu, bo tak się wprawiłam, że mogłam dorównać mojemu mistrzowi. Właśnie szykujemy się do konkursu. Spełniając moje marzenie poznałam prawdopodobnie miłość mego życia. Nareszcie mogę powiedzieć, że jestem szczęśliwa.