By poznać przeszłość

By poznać przeszłość

Często mówi się, że w przeszłość się nie powinno patrzeć. To co było nie powinno mieć już znaczenia. Należy żyć chwilą i teraźniejszością oraz cieszyć się życiem. Ja jednak jestem zdania, że czasami lepiej poznać zmory przeszłości i się z nimi oswoić, aby móc lepiej patrzeć w przyszłość. Ja bardzo chciałam poznać moich biologicznych rodziców. Wychowałam się w domu dziecka, co pozwoliło mi wyrosnąć na taką osobę jaką jestem. Dom dziecka nauczył mnie naprawdę wiele, ale mówię to z perspektywy czasu, bo wtedy wcale nie uważałam, żeby było fajnie…

Niewiele osób wie jak wygląda życie w domu dziecka, bo raczej mało osób z zewnątrz jest do niego dopuszczanych. Wiadomo, że były lepsze i gorsze dni, lepsi i gorsi opiekunowie, lepsi i gorsi koledzy. Prawie jak w normalnym życiu… Tylko, że to nie do końca było normalne życie. To tak, jakby mieć kilku rodziców i wiele rodzeństwa. Mieliśmy tworzyć jedną, wielką, szczęśliwą (?) rodzinę. Trzeci przymiotnik słabo się tu komponuje, ale taka była koncepcja. Oczywiście, że były osoby, z którymi trzymałam się blisko i mogłyby być moją rodziną, ale było sporo osób, których bym do rodziny nie wpisała. Natomiast te osoby bardzo dużo wniosły do mojego życia, a właściwie nie życia tylko bardziej osobowości i charakteru.

Byli to tak zwani, przeze mnie i moich bliższych kolegów, “szlachcice.” Świadomie wpisane w cudzysłowie. Grupa osób starszych i uważających się za Panów całego ośrodka. My byliśmy młodsi, więc niewiele mogliśmy robić, gdy zaczęli okazywać swą siłę i potęgę. Gdy byliśmy mali objawiało się to zabieraniem zabawek, gdy starsi wyśmiewaniem i poniżaniem. Nie oszczędzali nawet dziewczyn, a mi dokuczali, bo w większości zadawałam się z chłopakami. Po prostu miałam z nimi lepszy kontakt niż z dziewczynami. Ale nigdy nie dawałam sobie w kaszę dmuchać i mieli we mnie odpowiedniego przeciwnika. Zachowanie naszej “szlachty” wpłynęło na mój hart ducha i hardość. Ale w jednej kwestii ciągle mnie coś bolało i to był mój chyba jedyny wrażliwy punkt. Moi biologiczni rodzice…

Bardzo mnie ciekawiło, kim byli moi biologiczni rodzice i dlaczego wylądowałam tak, gdzie wylądowałam… Czasami starałam się czegoś dowiedzieć na własną rękę przeszukując po nocach gabinety i archiwa, ale jak złapali mnie kilka razy to tylko ciągle dostawałam kary. W sumie, nigdy nie byłam jakimś niewiniątkiem, więc wszyscy mieli już o mnie opinię wyrobioną. Tylko ją sobie pogarszałam. Jedyny dobry kontakt miałam z panią Małgosią, jedną z opiekunek. Zajmowała się mną od dzieciństwa i poniekąd traktowałam ją jak matkę. W każdym razie była dla mnie najważniejsza ze wszystkich. Postanowiłam jakoś ją zagadać na ten temat. Za każdym razem starała się szybko zmienić temat, wymigać się. Ja postanowiłam urabiać ją powoli. Mój plan udał się i krótko przed moimi osiemnastymi urodzinami pod moimi silnymi błaganiami, uległa. Choć nie była z siebie zadowolona, że mi podaje nazwiska.

Stwierdziła, że lepiej by było, gdybym nigdy się nie dowiedziała kim oni są, bo mogę się rozczarować, a w tym przypadku życie w nieświadomości mogło mi oszczędzić wiele niepotrzebnych zmartwień. Zaraz po tym jak mi to podała, robiła sobie wyrzuty, że ma za dużą słabość do mnie. Ja postawiłam na swoim. Postanowiłam ich poszukać. Gdy nareszcie mi się udało, stałam pod starą kamienicą i patrzyłam w brudne okna. Moje źródło informacji twierdziło, że mieszkają tutaj na drugim piętrze. Poszłam za ciosem i stanęłam przed ich drzwiami. Zapukałam i otworzyła mi stosunkowo młoda kobieta z małym dzieckiem na ręku. Trzymała papierosa w ustach,a koło szafy zauważyłam kilka butelek. Przez chwilę nie potrafiłam nic powiedzieć, a potem zapytałam czy nazywa się J.T. Potwierdziła i zapytała czego chcę. Powiedziałam, że pomyłka i uciekłam.

Nie chciałam im się mieszać w życie. Zobaczyłam co miałam zobaczyć i do wniosków doszłam sama. Wyglądała dosyć młodo, czyli gdy mnie urodziła mogła być nastolatką. Możliwe, że była z ubogiej rodziny, albo w ogóle bez domu. Oddała mnie, bo nie mogła zatrzymać. Najprawdopodobniej nie pozwalały jej na to warunki. Nie jestem na nią zła. Życie pisze rożne historie… Ja swoją zaczynam na nowo.