Moja pierwsza praca w biurze windykacyjnym

Mobbing w pracy

Mam na imię Aneta. Swoją pierwszą pracę zaraz po skończeniu studiów zaczęłam w biurze windykacyjnym. Fakt nie była to moja wymarzona praca, ale zarobki jakie mi oferowali były naprawdę niezłe. Skuszona wysokimi profitami nie przypuszczałam co mnie później spotka.

Gdy pojawiałam się u nich po raz pierwszy zaraz u progu rzucił mi naprawdę wielki wypunktowany  napis windykacja międzynarodowa, odzyskiwanie długu, skuteczna windykacja należności. W środku czyściutko, eleganckie meble miła recepcja. Nie było się do czego przyczepić.
Rozmowa kwalifikacyjna też przebiegała bardzo dobrze. Zostałam poinformowana o warunkach umowy, gdzie będę pracować itp. Byłam trochę zdziwiona gdy okazało się, że nie będę pracować w tym miejscu w którym przeprowadzona była rekrutacja. Gdyż w ogłoszeniu było to wyraźnie napisane. No ale trudno pomyślałam....

Gdy dotarłam do pracy, byłam z zszokowana miejscem, w którym będę pracować. Było to pomieszczenie 2 pokojowe w którym mieściło się 6 osób. Trzy osoby na pokój. Widać, że w pomieszczeniach nikt nie sprzątał. Kuchnia i łazienka chyba nigdy nie widziały mopa. Nie żebym wymagała luksusów ale lubię mieć czysto. Współpracownicy też nie przyjęli mnie z otwartymi ramionami byli raczej chłodni. Nie wiedziałam czym to jest spowodowane, chyba stanowiłam dla nich konkurencje.  Po kilku dniach szkolenia dostałam swoje pierwsze zlecania. Dzwoniłam do ludzi informowałam o nie zapłaconych ratach, o skutkach ich nie zapłacenia itp. Typowa standardowa papka jąka mówi się do dłużnika. Po dwóch miesiącach byłam już dobrze zaznajomiona z biurową „gwarą” organizacją oraz postępowaniem z dłużnikami. Wydawało mi się, że to jest idealna praca dla mnie.

Firma windykacyjna w której pracowałam oprócz ludzi pracujących w biurach zatrudnia również ludzi „wykonujących swoje zadania” w terenie. Byli to głównie mężczyźni wysocy dobrze zbudowani. Któregoś dnia gdy już miałam kończyć swoją pracę, dostałam informację, że mam jechać w teren. Byłam bardzo zdziwiona, gdyż takie zadania są delegowane Panom a u nas było ich dwóch. Gdy zapytałam, dlaczego ich nie przydzielą do tego zadania, stwierdzili, że mają inne zlecenia. Niestety nie mogłam nic zrobić bo była to odgórna decyzja.

Gdy dotarłam pod wskazany adres, zdarzyłam się tylko przedstawić i natarcie dostałam strzała z pięści w nos. Osunęłam się na ziemię. Facet nawrzeszczał na mnie, że firma w której pracuje go nęka, że wezwie policję. Nie odezwałam się ani słowem, zakryłam tylko twarz aby nie dostać jeszcze raz. Gdy facet skoczył swoją gadkę i zamknął drzwi, zadzwoniłam po policję i pogotowie. Przyjechali bardzo szybko, praktycznie po chwili byli już na klatce schodowej w której się znajdowałam. Opisałam całe zdarzenie i pojechałam do szpitala. Gdy zrobiono mi prześwietlenie okazało się, że nos jest tak niefartownie złamany, że wymaga interwencji chirurgicznej. W szpitalu spędziłam 2 dni. Niestety policja nie mogła się dostać do domu napastnika, ponieważ ten nie otwierał drzwi. Pozostało mi jedynie złożenie zawiadomienie o pobiciu. 

Swoją pracę w tej firmie zakończyłam bardzo szybko. Zostałam zwolniona po okresie próbnym z powodu nie spełniana ich oczekiwań. Oczywiście wiedziałam, że to jest zwykła ściema chcieli się mnie pozbyć ale nie byłam z tego powodu zbytnio smutna. Cieszyłam się, że nie muszę już tam pracować. Pan który mnie pobił dostał jedynie zawiasy. Zresztą nie liczyłam, że dostanie więcej w naszym systemie sądowniczym. Na szczęście nos zrósł się dobrze, nie jest krzywy. 

Obecnie mam nową pracę, w której mogę się realizować. Taką w której nie muszę się martwić o to, że ktoś złamie mi nos lub inną część ciała.