Moje "szczęście" do napadów

Moje szczęście do napadów

Głównie w telewizji, wiele słyszy się o różnych okrucieństwach, ale patrzymy na to dosyć odległym wzrokiem, nie zdajemy sobie sprawy, że takie sprawy też dotyczą nas, że też mogą nam się przytrafić. Może są takie osoby, co je los oszczędzi i nie przeżyją takich przygód, ale wtedy dla równowagi szali te sprawy mogą przytrafić się komuś innemu. Na przykład kolejny raz… Gdzieś tam jest ten szczęśliwiec, co go nigdy nie napadnięto. Ja zbieram jego karmę i o napadach, w których byłam ofiarą, albo po prostu tam byłam, mogłabym napisać książkę. Ale póki co, napiszę trochę o nich tutaj. 

Praktycznie od wczesnego dzieciństwa miałam skłonność do wpadania w kłopoty. Ale nie powiedziałabym o sobie, że byłam niegrzeczna. Po prostu żywiołowa i trudna w okiełznaniu. W przedszkolu skakałam po drzewach i często łapałam urazy, a trochę później miałam kłopoty natury czystko szkolnej. Pierwszy napad, który mnie dotyczył, przeżyłam w ostatniej klasie gimnazjum. Po urodzinach kolegi ja, Maja, Maciek i Artur postanowiliśmy wracać razem. Spóźniliśmy się na tramwaj i stwierdziliśmy, że skoro daleko nie ma, to pójdziemy pieszo. Mieszkaliśmy niedaleko siebie, ale tak czy siak chłopcy postanowili nas odprowadzić pod same drzwi. To bardzo miłe z ich strony było i jak się potem okazało, zbawienne. Najpierw wszyscy poszliśmy odprowadzić Maję. Pożegnaliśmy się z Mają i ruszyliśmy w kierunku mojego bloku. Było jakoś po północy, a niebo całkowicie ciemne, zachmurzone. Od bloku, w którym mieszkałam, dzieliło nas dziesięć minut drogi. Szliśmy w bardzo dobrych humorach, ale po chwili przystanęliśmy, bo chłopakom zachciało się sikać. Znaleźli parę krzaczków, a ja się odwróciłam do nich plecami i wyjęłam telefon, żeby sprawdzić która godzina. Wtedy poczułam, jak ktoś obejmuje mnie za szyję jedną ręką, a drugą sięga po telefon. W pierwszym momencie myślałam, że to któryś z chłopaków się wydurnia, ale jak ta ręka zaczęła się mocno zaciskać na mojej szyi to zaczęłam się szarpać. Usłyszałam krzyk Maćka, że ma mnie puścić. Wtedy ten osobnik wyrwał mi telefon i uciekł. Chyba zależało mu tylko na tym telefonie, ale mi serce biło jak oszalałe. Przez następny miesiąc bałam się wychodzić z domu. 

Kolejny spotkał mnie w liceum. Byłam sobie w zwykłym spożywczaku na osiedlu, tak koło godziny osiemnastej. Kolejka na trzy osoby, ale brakowało mi proszku do pieczenia, a chciałam upiec ciasto. Więc stoję i czekam na swoją kolej. Wtem do środka wpada jakiś gość w kominiarce z pistoletem w dłoni i każe nam wszystkim paść na podłogę, a kasjerce oddać pieniądze. Przyłożył jej pistolet do skroni i kazał opróżnić kasę. Wiem, że wtedy była możliwość ucieczki, ale trudno w takiej chwili myśleć racjonalnie. Spakował kasę i jak szybko wpadł tak szybko zniknął. Potem były zeznania i po jakimś czasie złapali gościa. Amatorszczyzna… 

Trzecia moja przygoda z rozbójnikami miała miejsce w czasie moich studiów. Te już nie odbywają się w moim rodzinnym mieście, ale w innym, większym. To się stało na pierwszym roku, a teraz jestem na ostatnim. Tak, bardzo ciekawie rozpoczęły się moje studia. Wiadomo, że w weekendy trzeba odreagować od nauki, więc małą grupką wybraliśmy się w miasto. Zrobiliśmy spacer po klubach, ale nie upiliśmy się. Jakoś o drugiej w nocy postanowiliśmy wrócić do akademika, więc usiedliśmy na przystanku autobusowym. Do autobusu mieliśmy jeszcze piętnaście minut, ale nie przeszkadzało nam to. Byliśmy lekko wstawieni i bardzo weseli. Chodnikiem przechodziła grupka cwaniaczków typu dres. Podchodząc do nas rzucają kultowym tekstem typu “masz problem?” i patrzą na nas swoimi kaprawymi oczkami. Jeden z moich kolegów odpowiedział, że jedynym naszym problemem są oni i ich łyse głowy, bo odbijający się od nich blask latarni go oślepia. Oj, nie spodobała im się ta odpowiedź, ale wyglądało na to, że tylko na nią czekali. Przeczuwając rozróbę, jeszcze zanim się rzucili na chłopaków delikatnie się wycofałam i gdy dresy zaczęły okładać moich kolegów dzwoniłam już na policję. W tym czasie wyciągnęłam również mój gaz pieprzowy i psiknęłam jednemu w oczy. Padł na czworaka i zaczął uciekać, ale my z koleżankami zaczęłyśmy go kopać. Gdyby ktoś na to patrzył z boku, wyglądałoby to dosyć komicznie. Dwie kruche dziewczynki kopią dryblasa, a dwóch pozostałych dresów bije się z dwoma chłopaczkami. O dziwo patrol policyjny pojawił się szybko i rozwiązał zaistniałą sytuację. Tych dwóch, co biło się z chłopakami zaczęło uciekać, ale złapali ich. Ten, którego dorwałyśmy my, nawet nie próbował swoich sił w ucieczce. Zgarnęli ich do radiowozu, do chłopaków wezwali karetkę i śmiali się, że skopałyśmy dryblasa.

 Znając mojego pecha kupiłam sobie gaz pieprzowy i wiedziałam, że prędzej czy później go użyję. Czy ja na każdym etapie mojego życia muszę mieć takie przygody? Zaczynam się bać, tym bardziej, że zauważyłam prawidłowość, że z każdym razem rośnie poziom niebezpieczeństwa. Co będzie następne?! Terroryści? To może mi gaz pieprzowy nie wystarczyć...