Moja córka na wózku

Moja córka na wózku

Mój mąż nigdy nie był szczególnie rozgarnięty, ale żyłam nadzieją, że wraz z pojawieniem się dziecka wszystko w głowie mu się naprawi. Gdy urodziło się dziecko, miałam nadzieję, że z czasem uświadomi sobie, że ojcostwo to ważna spawa, ale on chyba miał jakieś indywidualne spojrzenie na tę sprawę. Nie miałam do niego sił, ale go kochałam przecież, a mała powinna mieć ojca. Stało się jednak takie coś, czego nie byłam mu w stanie wybaczyć mimo wszystko

Przytoczę parę sytuacji, aby rzucić światło na jego ojcostwo, że się tak wyrażę. Zaczęło się od razu po porodzie. Jest taki zwyczaj “oblewania” dziecka, czyli picia za jego zdrowie. Nie wiem kto wymyślił takie bzdury, ja nie cierpię alkoholu, no ale mój mąż musi trzymać się tradycji… Mój ukochany, gdy dowiedział się, że już urodziłam to zebrał kolegów i pili przez dwa dni. Przez dwa dni nawet do mnie nie zajrzał, bo nie był w stanie. Byłam wściekła. Nie dość, że zapomniał o mnie i dziecku, to dlaczego? Dla alkoholu… Potem mnie przepraszał i gdy zaczął się rozczulać nad naszą córeczką to zmiękło mi serce i postanowiłam to wszystko puścić w niepamięć. Tak, miałam dobre serce. Może gdybym wtedy nie była taka miękka, to nie stałoby się to, co się stało… No ale to dopiero początek.

Gdy Maja miała dwa latka została z Mateuszem, moim mężem w domu, bo ja umówiłam się z koleżankami na babski wieczór. Wszystko fajnie, ciasto i ploteczki, aż nagle dzwoni mój zacny mąż. Miałam pomysł, aby nie odbierać, bo miałam prawo trochę odpocząć, ale pomyślałam o małej i odebrałam. Nie myliłam się. Mała niefortunnie spadła z łózka i złamała rękę, jechali do szpitala. Traciłam siły już wtedy, czułam się jakby z kulą u nogi. Nie mówię tu teraz o dziecku, ale o mężu. Czasem miał problem z najprostszymi rzeczami. Kiedyś uważałam to za uroczą niezdarność, ale potem zaczęłam się zastanawiać, czy on nie jest po prostu nieudacznikiem. Zaczęliśmy się coraz częściej kłócić. Kilka lat później stało się coś strasznego. Zrobił coś, co go skreśliło definitywnie. 

Pewnego dnia zostawiłam Maję z mężem (znowu) i jechałam coś załatwić do sąsiedniego miasta. Załatwiłam i pomyślałam, że odwiedzę mamę, skoro mieszka niedaleko. Wpadłam do niej i ona prosiła, aby Mateusz z małą przyjechali na kolację. Pomyślałam, że to dobry pomysł i napisałam mu sms, bo akurat miałam darmowe, a on odpowiedział, że już się zbierają. Czekałyśmy na nich, minęła godzina i nic. Dzwoniłam kilka razy, ale nie odbierał. Po dwóch godzinach zadzwonił mój telefon. Odebrałam i usłyszałam policjanta po drugiej stronie. Już wiedziałam, że stało się coś strasznego. Policjant po drugiej stronie oznajmił mi, ze mój mąż wraz z córką mieli wypadek i są w szpitalu. Podał mi adres i od razu tam pojechałam. Okazało się, że mój mąż prowadził pod wpływem alkoholu. Miał tylko złamaną rękę. Powiedział, że musiał ominąć gwałtownie hamujący samochód i gwałtownie skręcił, co spowodowało dachowanie i wypadli za barierki samochodem. Nie potrafiłam mu uwierzyć, bo byłam na niego wściekła. Wcześniej byłam u Mai. Miała przerwany rdzeń kręgowy. Mój mąż doprowadził do kalectwa mojego kochanego dziecka. Przez niego Maja jeździ na wózku i ma zniszczone życie. Niczemu niewinne dziecko cierpi, a on złamał sobie tylko rękę. dlaczego tak się dzieje?! Tacy jak on ewidentnie mają szczęście. Spowodował wypadek pod wpływem alkoholu i jechał z nadmierną prędkością. To on powinien ucierpieć. 

Nie potrafiłabym żyć z nim, więc rozwiedliśmy się. Najchętniej nie brałabym od niego żadnych pieniędzy, ale dzięki nim Maja może uczęszczać na rehabilitacje i masaże. Staram się jednak mieć bardzo ograniczony kontakt z nim, choć on ma pełne prawo do widywań z córką. Nie sądziłam nigdy, że jego nieporadność przerodzi się kiedyś w nieodpowiedzialność.