Ostatni pocałunek

Ostatni pocałunek

Moje przyszłego męża poznałam mając 23 lata na dyskotece. Od razu między nami zaiskrzyło. Praktycznie od początku naszej znajomości widywaliśmy się co dziennie. Kino, spacery kolacje. Po roku znajomości Norbert mi się oświadczył. Byłam bardzo szczęśliwa. Nasze małżeństwo było sielanką jednak do czasu...

Po 3 latach od naszego ślubu Norbert zaczął źle wyglądać. Był wyraźnie zmęczony, schód, nie była już to sama osoba co wtedy. Po licznych błaganiach w końcu udało mi się go namówić na wizytkę do lekarza. Lekarz zlecił badania i kazał czekać. Gdy po dwóch dniach otrzymaliśmy wyniki diagnoza była dla nas szokiem. Chyba bardziej dla mnie niż dla niego. Była to ostra białaczka szpikowa. Lekarz od razu skierował nas do onkologa. Mąż od od razu trafił do szpitala na leczenie. Ogromne dawki chemioterapii spowodowały, że mój Norbert stał się wrakiem człowieka.  Bardzo schudł, stał się blady.

Po długich kilku miesiącach stał się cud, nastąpiła remisja choroby. Byłam szczęśliwa, że w końcu po tylu miesiącach chemii udało się zwalczyć tą straszną białaczkę. Niestety w trakcie choroby mojego męża miał tylko wsparcie we mnie. Jego znajomi szybko się odwrócili od niego. Był dla nich tylko wtedy istotny jak coś od niego potrzebowali. Nasze życie wróciło do normy, Norbert zaczął powoli wracać do zdrowia. Zaczeliśmy jeździć na rowerze, do lasu na piesze wycieczki. Było super.  Po kliku miesiącach źle się poczułam, byłam bardzo słaba i przemęczona. Gdy udałam się do lekarza z moimi objawami lekarz oznajmił mi, że jestem, w ciąży. Byłam w szoku, ale w szoku radości. Przez jakiś czas staraliśmy się z mężem o dziecko ale nasze plany przerwała choroba Norberta. Teraz kiedy wszystko się ułożyło nie było lepszego momentu. Ciąża przybiegała bardzo dobrze. Zero wymiotów, mdłości, spuchniętych nóg:) jak w raju. 

W ósmym miesiącu ciąży nastąpił nawrót choroby Norberta. Nie mogłam uwierzyć, że znów to nas spotyka. Przecież było już dobrze. Nie dopuszczam do myśli, że go stracę. Jakbym sobie poradziła sama z małym dzieckiem. Znowu trafił do szpitala na leczenie. Gdy rodziłam naszą córkę mojego męża przy mnie nie było. Był wtedy na chemii. Nie miałam do jego żadnych pretensji, jego zdrowie też jest ogromnie ważne. Nie chciałam zostać wdową. 

Przez kolejne okresy chemii mąż kompetentnie się zmienił. Bardzo schód, nie miał włosów. Wygadał jak anorektyk. Norbert nie stracił nadziei. Nadzieją była nasza córka. Ja również podupadałam psychiczne na zdrowiu. W ostatniej fazie choroby gdy nie było już nadziei Norbert zrezygnował z leczenia. Ja nie mogłam tego zrozumieć. Przecież ma dla kogo żyć. Jestem ja i córka. Zwłaszcza córka. On już miał dość. Nie mógł już tego znieść. Nie mógł patrzeć na mnie jak płaczę w po nocach. Jak desperacko szukam jakich alternatywnych form leczenia. 

Gdy nadszedł ten czas byłam przy nim. Leżał w łóżku w naszej sypialni. Leżał na wznak tak jakby czekał na śmierć. Tak jakby wiedział kiedy ten dzień nastąpi. Ja i córka leżałyśmy koło niego, aby w tych ostaniach chwilach wiedział, że jesteśmy z nim, że go nie opuściliśmy.  Córka była jeszcze bardzo mała nie wiedziała za bardzo co się dzieje. Gdy nadeszła ta godzina mąż objął mnie i po prostu o pocałunek. Ja bez wahania się zgodziłam. To był nasz ostatni pocałunek. Po 20 minutach zmarł.

Na pogrzebie byłam ja moja mama i kilku osób z jego pracy. Niestety żaden z naszych znajomych nie przyszedł na jego pogrzeb. Starsze nawet w takich chwilach człowieka nie stać na pokorę. Ja niestety długo mogłam pogodzić się z tym, że zrezygnował, że zostawił mnie samą z problemami, z rozdartym sercem. Cóż z tego, że zapewnił mi godne życie po jego śmierci jak jego ze mną nie było. Córka ma już 7 lat a ja dalej jestem sama. Znajomi mówią żebym kogoś sobie znalazła, przecież nie mogę być całe życie sama.  Nie wiem co mam o tym myśleć. Norbert był miłością mojego życia. Boję, że jeśli zdałam się jeszcze raz zakochać spotka mnie to samo. Cierpienie, smutek, żal.