Władczy mąż

Władczy mąż

Pewne przysłowie mówi, że każdy jest kowalem swojego losu. Jeszcze inne, że jak sobie pościelisz tak się wyśpisz. Dopiero teraz dotarło do mnie, jakie to wszystko prawdziwe. Jak bardzo to wszystko pokrywa się z moim życiem. Jak nasze wybory, te złe i dobre, odbijają się na naszej przyszłości. Oczywiście ciągle mamy możliwość coś zmienić, ale nie zawsze mamy na to dość odwagi. A jeśli do tego wszystkiego dodać uczucia, to zaczynamy poruszać się po grząskim gruncie. I ja tkwiłam w takiej sytuacji przez parę lat… 

Szczerze mówiąc nigdy nie miałam szczęścia do facetów. Miałam ich kilku, ale wszystko się prędzej czy później rozpadało. Albo oni nie kochali mnie, albo ja ich. Czasami w grę wchodziła psychika niektórych. Te wszystkie moje perypetie miłosne to jednak materiał na inną historię. A teraz przechodząc do sedna. Moje serce zawsze należało do mojego pierwszego chłopaka, który mimo, że mnie zranił i tak był dla mnie ponad wszystko. Gdy ten związek się rozpadł trudno mi było to przeboleć, ale musiałam żyć dalej. Urwałam kontakt i szukałam kogoś innego; szukałam miłości. Szukałam tego u innych, a sama nie mogłam tego dać, bo moje serce nadal należało do tego pierwszego. Po trzech latach od rozstania z moją miłością spotkaliśmy się przypadkiem w sklepie. Zaczęliśmy rozmawiać i potem znowu się spotykać. Teraz można przytoczyć również powiedzenie, że dwa razy do tej samej rzeki się nie wchodzi. Tak, znałam je wcześniej, ale uważałam za bzdury. Wierzyłam w uczucie. Jak się pewnie domyślacie, nieźle się przejechałam. Moje życie w sumie w większości składało się z błędów, więc w tym przypadku też nie mogło być inaczej. No więc znowu zaczęliśmy ze sobą chodzić. Ja widziałam wszystkie jego wady, ale nie dopuszczałam ich do mej świadomości. Widziałam jego arogancję, jego kłamstwa, zdrady i problem z alkoholem. Nie ingerowałam, choć to było wcale do mnie nie podobne. Nigdy nie dawałam sobie w “kaszę dmuchać”, byłam uparta i waleczna. Natomiast przy nim mi to gdzieś znikało. To się nazywa ślepa miłość… Oczywiście wszyscy w rodzinie i znajomi próbowali mi przemówić do rozsądku, obrzydzić go. To nie miało sensu, bo ja przecież widziałam wszystkie jego wady a i tak w tym tkwiłam. Co lepsze, po roku związku wyszłam za niego. Wzięliśmy tylko ślub cywilny, bo oboje jesteśmy niewierzący. Nikogo nie zaprosiliśmy, bo wiadomo jaki był stosunek wszystkich do naszego związku. I w ten oto sposób zaczął się chyba najtrudniejszy okres mego życia. Zamieszkaliśmy razem wynajmując małe mieszkanko. Rzecz jasna na początku wszystko było cudownie, sielanka. Byłam szczęśliwa.

Zapomniałam, że początki zawsze są świetne. Po jakimś czasie wszystko się zaczęło. Jego wypady z kumplami, wracanie po pijaku, czepianie się o wszystko. Starałam się to znosić. Potem przyjaciółki zaczęły mi opowiadać o swoich przypuszczeniach, że on mnie zdradza. Z jednej strony to było dosyć podobne do niego, ale z drugiej strony patrząc, po co miałby to robić, skoro ja mu nigdy nie odmawiałam seksu? Tak czy siak mnie to zaniepokoiło. Gdy chciałam z nim o tym porozmawiać wtedy, zaczął na mnie wrzeszczeć i zabronił spotykania się z koleżankami. Ja nie przyjęłam tego do wiadomości, bo nikt mi nie będzie niczego zabraniał. Nawet on. Więc jakiś czas potem i tak się spotkałam z koleżankami, nawet go o tym nie informując. Gdy wróciłam do domu, zaczął na mnie wrzeszczeć, że nie podgrzałam mu obiadu oraz, że znowu się gdzieś włóczyłam.

Posądził mnie nawet o zdradę. Cóż za hipokryzja… Tak mnie tym oskarżeniem zdenerwował, że zaczęłam mu wyrzucać wszystko, co mi na sercu leży. On wtedy zrobił coś, o co nigdy bym go nie posądziła. Uderzył mnie w brzuch i pchnął na stół. Odbiłam się od niego i upadłam na podłogę. I tak leżałam przez chwilę, aż w pewnej chwili poczułam coś mokrego i kleistego między nogami. W pierwszym momencie pomyślałam, że się posikałam, ale gdy tam spojrzałam resztkami sił, ujrzałam krew. Dużo krwi. Mojego męża nie było w pobliżu, a ja nie potrafiłam się ruszyć. Ból mnie paraliżował. Zamknęłam oczy, a gdy je otworzyłam byłam już w szpitalu. Musiałam stracić przytomność na jakiś czas. Byłam zdezorientowana i czekałam, aż wreszcie mi ktoś wszystko wyjaśni. W szpitalu pojawiła się moja mama i wszystko mi powiedziała. 

Okazało się, że byłam w ciąży, a on tym uderzeniem doprowadził do poronienia. Go zgarnęła policja i póki co siedzi w areszcie. A żyję jeszcze tylko dzięki sąsiadce z dołu, która wystraszyła się, kiedy usłyszała krzyki i huk upadku, więc zadzwoniła na policję. Dopiero ta sytuacja mi otworzyła oczy na dobre. Jak mogłam kochać takiego potwora? Zaraz po wyjściu ze szpitala złożyłam pozew o rozwód, oskarżenie o pobicie i wszystko wygrałam. Wróciłam do domu rodziców i staram się żyć normalnie. Staram się…