Zaufanie to krucha rzecz

Zaufanie to krucha rzecz

Czy jest coś gorszego w życiu człowieka niż zdrada bliskiej osoby? Hmm, może zdrada dwóch bliskich osób? Sądzę, że nie ma niczego gorszego od tego, a mogę się na ten temat wypowiedzieć, bo właśnie znalazłam się w takiej sytuacji. Opowiem wam, jak można stracić wiarę w ludzi. 

Jestem trzydziestoletnią pielęgniarką w pewnym szpitalu powiatowym. Bardzo lubię swoją pracę, mimo tego jak bardzo jest wymagająca. Lubię tę świadomość pomagania ludziom oraz dzięki tej pracy bardziej cenię życie. Bo jest to tak krucha rzecz, że możemy ją stracić w mgnieniu oka, często przez zwykłą głupotę bądź nieodpowiedzialność. Na tym samym oddziale pracowała moja dobra koleżanka, Jagoda. Obie przyszłyśmy w mniej więcej tym samym czasie tam do pracy i w ciągu tych pięciu lat zdążyłyśmy się zaprzyjaźnić. Wiadomo, że takie trudne sytuacje występujące w szpitalu zbliżają ludzi. A i w pracy raźniej, gdy masz przy sobie zaufaną i przyjazną osobę. Ale to tyle słowem wstępu, gdyż trzeba by tu nabrać trochę chronologii. 

Czytaj też: Złudna miłość

Pół roku temu na oddziale opiekowałam się pewną uroczą staruszką. Leżała u nas, gdyż złamała sobie nogę idąc chodnikiem. Wiadomo; zima, ślisko, a i starsze osoby mają słabsze kości. Tak więc spędziła u nas coś ponad tydzień, a w tym czasie często odwiedzał ją wnuczek. A właściwie powinnam użyć słowa wnuk, bo nie był już dzieckiem, ale ta pani zawsze nazywała go wnuczkiem. Pamiętam, że od razu zapadł mi w pamięć, bo był niesamowicie przystojny: wysoki, dobrze zbudowany z oczami o kolorze oceanu. Prawdopodobnie przez jego urodę czułam się speszona i unikałam jakiegokolwiek kontaktu. Ja sama nie uważam się za osobę brzydką, ale i tak czułam, że nie znajdę się w jego standardach. Przecież z taką urodą mógł “przebierać w najlepszych kąskach”.

Oczywiście pokazałam go Jagodzie, plotkowałyśmy na jego temat, a ona starała się mnie przekonać, żebym zrobiła coś w tym kierunku. Ja się zaparłam, że nic nie zrobię, ale okazało się, że wcale nie muszę, bo to on się do mnie zgłosił. Po wypisie starszej pani do domu, przyszedł do mnie z kwiatami i czekoladkami, rzekomo w podzience za opiekę. Zdarzało się czasami, że dostawałyśmy coś od pacjentów, ale on przyszedł z ukrytym zamiarem. Dopiero w domu znalazłam liścik, schowany w bukiecie białych róż. Napisał w nim, że będzie na mnie czekał w restauracji (nie podam tu nazwy) w sobotę o osiemnastej. Janek. Tak się podpisał. Obgadałam sprawę z Jagodą, no i postanowiłam iść. To była moja szansa. To nie tak, że nie miałam powodzenia. Miałam, tylko ostatnio coś zelżało… Więc serio się ucieszyłam, że ktoś się zaczął o mnie starać. 

Czytaj też: Niedoceniana i niezauważana

Tak więc spotkaliśmy się, świetnie się bawiłam. I tak zaczęliśmy się spotykać. Po dwóch miesiącach randek zostaliśmy parą. Byłam naprawdę szczęśliwa. Czułam z jego strony wsparcie, troskę, zainteresowanie moją osobą. Potem wprowadził się do mnie. Przeszło mi przez myśl, czy aby nie za szybko to wszystko idzie, ale prędko wyparowało mi to z głowy jak tylko zobaczyłam jego uśmiech. Byliśmy szczęśliwi. Albo przynajmniej tak mi się wydawało. Moje szczęście legło w gruzach pewnego czerwcowego popołudnia.

Jagoda miała urlop, a ja zajmowałam się pacjentami, jak co dzień. Jednak z przyjściem południa dostałam bardzo mocnego bólu głowy. Tabletki nie chciały pomóc, więc ordynator kazał mi iść do domu, a na moje miejsce powołał zastępstwo. Wracałam do domu z myślą, że zrobię Jankowi niespodziankę jak wróci z pracy, ale w progu przekonałam się, że stało się całkowicie na odwrót. Gdy chciałam przekręcić klucz w zamku, okazało się, że drzwi są otwarte. Lekko zdziwiona weszłam do środka. Bałam się, że to jakiś włamywacz. Po  tym, co zobaczyłam chwilę potem, chyba wolałabym mieć przed sobą włamywacza. W moim mieszkaniu, na mojej kanapie, mój chłopak z moją przyjaciółką się najzwyczajniej w świecie rżnęli. Nawet nie zauważyli mojego wejścia do domu. Traf chciał, że przez otwarte drzwi do łazienki zobaczyłam wiadro z wodą, które postawiłam pod umywalką, bo jakaś rura zaczęła ciec.

Czytaj też: Najgorszy dzień w życiu

Chwyciłam to wiadro i jednym zgrabnym ruchem chlusnęłam na kanapę. Rozległ się pisk Jagody i sekundę potem zobaczyłam ich zdziwione miny. No nie spodziewali się mnie tak wcześnie. Zaczęli się szybko tłumaczyć, ale tu nie było czego słuchać. Wpadłam w taką furię, że uciekli w samej bieliźnie. Już miałam odruch, aby wyrzucić ubrania Janka przez balkon, ale uświadomiłam sobie, że o wiele zabawniej będzie, jak ich jeszcze nie dostanie. Niech biega w majtkach po mieście. Choć aż taki głupi nie był, pewnie po kogoś zadzwonił, ale mam nadzieję, że choć paru ludzi zobaczyło go siedzącego na klatce w samej bieliźnie. Nie chciało mi się mścić, ale chyba to można uznać za taką małą zemstę, która zresztą wyszła samoczynnie.  

Co prawda po moim odruchu z tym wiadrem musiałam potem suszyć kanapę i powycierać szybko podłogę, ale doszłam do wniosku, że było warto. Może to mało dojrzałe, ale jakoś usatysfakcjonowało mnie to. Janek potem dzwonił do mnie, że chce odzyskać ubrania, więc wystawiłam mu je na dwór. Przez balkon. Napisałam mu sms, żeby się pospieszył, bo bezdomni mogą być pierwsi. A jeśli chodzi o Jagodę, to przeniosła się do innego szpitala. Chyba miała wyrzuty sumienia. Nie wiem jak między nimi do tego doszło i jak długo trwało i nie chcę wiedzieć. Cieszę się, że pozbyłam się z mojego otoczenia tak toksycznych osób. Szkoda tylko, że musiałam się przekonać o ich nielojalności w tak bolesny sposób. Teraz przez te wydarzenia będę bardziej nieufna, ale może to mnie uchroni przed kolejnymi zawodami. 

Jeśli podoba Ci się ta historia, podziel się nią! Udostępnij na Facebooku i Google+